czwartek, 21 listopada 2013

CZASAMI SĄ TEŻ DOBRE DNI

Wiem jak ważna jest nadzieja na lepsze i ten czas od kilu dni mam. Idę do pracy i nie uciekam myślami w zakazane dla mnie rejony strachu i niepewności. Dni mijają spokojnie, ale na dłuższą metę nie chciałabym tak żyć. Paroksetynowa egzystencja jest tylko w kolorze szarym i mimo, że nie przejmuje się już tak jak wcześniej, to i nie odczuwam chęci i motywacji, których wcześniej miałam dostatek. No i te +7kg ;-(. Dobrze, że medycyna idzie do przodu, może w końcu skończą się te nasze problemy i nerwowe rozstroje będzie się leczyć jak przeziębienie.

Byłam u psycholog po raz drugi. Ciężko powiedzieć coś przy początkach terapii, kiedy jedynym nawijającym jesteś Ty sam. No, ale robię dużo w celu lepszej egzystencji przy moim problemie, wiec chyba za ten fakt należy mi się plus.

Nie mam spadków nastroju, jedynie pojawiąjące się i znikające bóle głowy. Pewnie przechodzę w fazę zimową, która z tą letnią jest dla mnie lżejsza.

Wierzę, że wywalczę sobie spokój własną pracą i stawianiu czoła przeciwnością losu. Łapię się ta tym, że czasami za wiele od siebie i innych wymagałam. Patrząc na innych ludzi są z siebie zadowoleni w pracy i przez samą wiarę w to że rzeczy które wykonują są ważne prą do przodu. U mnie całe życie uważałam, że są ludzie lepsi ode mnie i starałam się im dorównać nie doceniając własnych osiągnieć. Zawsze był ktoś kto ma lepiej, jest lepszy lub niedługo będzie.  Jestem dobra w tym co robię i zaczynam to zauważać, choć faktem jest że to trudna praca.

Dużo mi daje spokój. Nie ma już kłótni z mężczyzną z którym żyłam, bo nie mieszkamy razem. Widuję się z nim raz na jakiś czas i jest ok. Oczywiście nie dla niego, bo przekonuje mnie, że jeżeli za rok nie będzie miał dziecka to koniec. Ja uważam, że zdecyduje się na dziecko kiedy nasze relacje będą odpowiednie i nie zamierzam tego przyśpieszać dla dobra sprawy, dla niego, ani dla jego matki.

Poradniki krzyczą, że nie będziesz szczęśliwy z kimś póki nie będziesz szczęśliwy sam ze sobą. Myślę, że jest w tym dużo prawdy, ale nie można uznać czegoś za lek na całe zło, jeśli spokój ducha to suma tak wielu elementów. To tylko jeden z elementów układanki.

Kobiety kochające za bardzo, toksyczni mężczyźni ludzie niedojrzali emocjonalnie. Pewien psycholog powiada, że nie ma na świecie ludzi zdrowych psychicznie, że są tylko źle zdiagnozowani ;-D. Zgadzam się. Patrząc poza pryzmat własnego nosa, widzę, że każdy ma swoje problemy, a siłą sprawczą decydującą o tym czemu inni nie borykają się z tym co ja , jest ich odporność na problemy. Ja od dziecka się wszystkim przejmowałam i nie było jednego zapalnika, który uruchomił proces.

Mama moja cierpiała jak ja. Ponieważ nie pracowała wtedy u nikogo, tylko u samej siebie z tatą to uznała, że on będzie jej oporą. Sama powtarza, że się od niego uzależniła wtedy. Do tej pory wszystko robią razem i czasem mają już siebie dość. No, ale idą razem dalej. Mimo, kilku prób mojego taty zawierania znajomości z moimi rówieśniczkami, mimo długów, mimo życia na wariackich papierach. Ja nie mogłabym być z mężczyzną podobnym do niego, ale ja to nie ona.

Ja podczas wybuchu choroby, byłam wspierana przez mamę, ale to się opierało na tym że do znudzenia mówiła mi, że miała to samo. Czasami była już bardzo wkurzona i wyżywała się na mnie, że sama jestem sobie winna. Hymm, nieciekawie, ale ciężko jest się dziwić, że ktoś się zmieni na raz. Faktem jest również to, że większość czasu była jednak dla mnie wsparciem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz