czwartek, 27 marca 2014

DLACZEGO piszę ten PAMIĘTNIK?

Powstały setki tysięcy poradników uczuciowych, nerwicowych, depresyjnych i w każdym z nich jest sporo wartościowych rad. Po co piszę? Ano po to, żeby przeanalizować siebie i doprowadzić do wewnętrznej zgody. Nikt nie jest taki sam i nic tego nie może zmienić. Nawet jeśli w jakiejś publikacji naukowej, ktoś zaleci Ci 10 zasad dobrego samopoczucia. Uważaj, bo jedna z nich może nie być zgodna z Tobą.

Wracając do dnia dzisiejszego. Doszłam do pewnej stabilności po moim przewrocie nerwicowym. Unikam sytuacji w którym miałabym się zmuszać do czynności, bądź zachowań, które nijak się mają do mojej osobowości.

Każdy z nas jest indywidualnym przypadkiem i nie ma prostej reguły na zdrowienie. Szkoda! Z drugiej strony zadziwiająca jest świadomość, że jesteśmy tak złożoną konstrukcją.

Składają się na to geny, wychowanie, znajomi, przypadkowe sytuację i ludzie.
Wypracowujemy swój własny mechanizm i naprawa może się odbyć jedynie przy naszej pomocy.

Od dwóch lat miotałam się panikując i nie wiedziałam czego się mam złapać. Cóż nawet teraz zdarzają mi się takie sytuację.  Jest ich jednak zdecydowanie mniej i widzę już jak buduję się na nowo. To był długi proces i często myślałam, że drążenie tego wpędzi mnie głębiej w chorobę. Jednak jak już pojawiają się prześwity samoświadomości, widzę ile ja wykonałam pracy. Nie poddałam się i dzielnie znosiłam wiele przeciwności. Dzięki temu otworzyłam oczy na dobre rzeczy wokół mnie, których wcześniej nie widziałam.

Nie sądziłam, że w moim świecie otworzą się drzwi, których wcześniej nie było. Często te nowe pomieszczenia zdają się być pełne przerażających mnie rzeczy. Jednak wchodzę, obserwuję, dotykam, otwieram i co raz więcej wiem. Wcześniej miejsce doświadczenia zajmowały domysły i wyobrażenia. Z dwojga złego wolę jednak wiedzieć z czym się zmagam, niż chować to pod dywan.

Jedynie jestem trochę zła, że za dużo teraz myślę o sobie. Mam nadzieje, że z czasem będzie to się zmieniać. Uważam, że taki stan rzeczy wynika z przerażenia tym co się wydarzyło, więc nie jest do końca przesłanką egocentryzmu tylko działaniem instynktu samozachowawczego.

Buzi, buzi mali i duzi. ;-)





środa, 26 marca 2014

BEFORE przed wizytą u Pani psycholog

W następnym tygodniu kolejna wizyta u Pani psycholog.

Nie mogę się doczekać, choć mam głębokie przekonanie, ze znowu będę jej mówiła o tym samym. W tym czasie ona uśnie i spadnie z krzesła. Mam nadzieje, że za jakiś czas coś zaskoczy i będzie wyłaniał się jakiś objaw samoświadomości, bo na razie chciałabym by mi powiedziała co mam zrobić. Nie od tego jednak są psycholodzy, to nie są zastępczy rodzice, którzy pokierują . Oni pomagają nam zrozumieć co my chcemy zrobić.

Ja chcę żyć, rozwijać się, zdrowieć z nerwicy, kochać, być kochaną, szanować i być szanowaną.
Tylko nie umiem obrać właściwej drogi, ze strachu, z konfliktów, z niepewności uczuć i dość długo stoję na najgorszym możliwym położeniu, czyli "rozdrożu".

Droga A- zakończyć i iść dalej.
Droga B- kontynuować i pracować nad związkiem.
PUNKT C- moje rozdroże.

Punkt C- to najlepsza pozycja dla dziecka, a ja właśnie widzę ten brak dojrzałości w swoich poczynaniach. Oddać innym prawo do kierowania własnym życiem i egzekwowanie czy oni dobrze to robią. Trochę przesadzam, ale po części to tak jest. Tak właśnie żyje moja rodzicielka, za jej samopoczucie w dużej mierze odpowiedzialny jest tata. Jak nie ma na nowe ubrania, kosmetyki to jest zła na niego. Jak coś nie idzie w firmie dobrze to również winny jest on. Oddała mu prawo do gospodarowania pieniędzmi, mimo że on najzwyczajniej w świecie nie potrafi tego robić i wpędza firmę i ją w długi. No, ale przynajmniej ma świadomość że to jego wina, a nie jej. Co jest gorsze? Poczucie winy czy poczucie odpowiedzialności? Ona też jest niedojrzała, jak ja.

Kwestie taty przesunęłam na osobny wątek. On wcale nie jest idealny. No, ale póki co na terapii skupiamy się na jednym temacie, a jest nim moja relacja z moim partnerem.

Również zdaję sobie sprawę z wad mojego partnera. Duża ilość alkoholu w jego życiu, brak troskliwości, ciepła, wygodnicki tryb życia (mieszkać u mnie i jeździć moim samochodem), zazdrość, brak zaufania do mnie, naciski na intymność, pesymizm, malkontenctwo.

Ja również mam tych wad trochę.

Zastanawiam się na ile jego wady, nie pozwalają mi być z nim szczęśliwą? Odpowiedź znam, gdyby był życzliwy, szanował mnie, był dla mnie wsparciem to mogę znieść niektóre wady. Chciałabym, by nie wpędzał mnie w poczucie winy, za to że odeszłam. Chciałabym żeby zaczął być bardziej samodzielny (samochód, wspólne plany mieszkaniowe), a nie życie w moim domu rodzinnym.

Czy możliwe jest by był taki jakim chciałabym? To mnie trzyma w moim rozdrożu. Nie wiem czy to co pragnę jest możliwe do osiągnięcia z moim partnerem.



wtorek, 25 marca 2014

ZADUMA.... bezemocjonalne rozważania.

Czuję się jak statek.
Jak statek bez sterów zdany na łaskę wiatrów. Przyjmuję wszystko co przynosi los.
By kierować statkiem, trzeba ciężko pracować, a i tak można rozbić się o skały. Dlaczego za młodu nikt mnie nie nauczył sterowania statkiem? Żyliśmy sobie w naszej spokojnej zatoce, co jakiś czas ktoś naruszył konstrukcję naszych łodzi, ale mieliśmy naszą zatokę, więc wiedzieliśmy, ze mamy czas na naprawę.

Nawet nie wiem, kiedy w zatoce pojawiły się inne statki, okręty, a spokojna zatoka stała się tłocznym portem. Tak mocno kochałam to miejsce, ale teraz mój statek jest już mocno poobijany. Mogę znaleźć inną spokojną przystań, niestety to nie będzie moja dawna zatoka. Z drugiej strony ta dawna też już nie jest taka sama. Mogę harować, odbudować okręt i nauczyć się chronić go przed kolejnymi kolizjami. Boję się że celem przestanie być spokój, a stanie się walka.


Pewnie ten mój stan zawieszenia jest chroniony przez podświadomość. Dlatego nie widzę sensu w zmianach, bo lepszy ten stary znany, niż nowy będący niewiadomą. Wciąż w mojej głowie pytanie. A co jeśli będzie jeśli gorzej?

środa, 19 marca 2014

RZUCAM PALENIE!!!! Matko Boska, ale będzie trudno!

Ja palaczka od sławetnego LO biorę się za rzucanie. To już 13 lat nałogu ;-P Sama nie wiem jak to szybko minęło. Chcę rzucić palenie ze względu na bóle głowy, zapachy, pieniążki. Czego się najbardziej boję? Przytycia! Już doszło 5kg ze związku z paro i nie mogę sobie pozwolić na więcej. Baaa! Ja chcę nawet schudnąć!

Nie pomaga mi fakt, że jestem zodiakalnym bliźniakiem, a tylko one same wiedzą jak ciężko jest im trwać w postanowieniach. Tak sama z wielkimi postanowieniami, co dzienne nowe postanowienie lepsze od poprzedniego.

Najlepszy w rzucaniu jest pierwszy dzień. Kiedy dumni ze swojej decyzji, pewni siebie trzymamy się z dala od dymka. Hę? Co będzie dalej? Okaże się...

wtorek, 18 marca 2014

Taki ZMĘCZONY DzIEŃ

Życie na paroksetynie to nieustająca senność. No, ale ten skutek uboczny wolę od lęku.
Prawda jest taka, że ostatnie dwa lata bardziej egzystuję niż żyję.


Przeanalizowałam już tak wiele. Wciąż czuję się taka zagubiona. Podejrzewam u siebie już wszystkie zaburzenia psychiczne. Może mam Border, może alkoholizm, może zaburzenia aspołeczne, może silna depresja, może narcyzm, może jestem wariatką? Może coś po prostu się u mnie źle wykształciło.

Dlatego moje wnioski i analizy poddaje kolejnemu odcedzeniu przez piętno zaburzeń emocjonalnych. Boję się zaufać sobie samej i poddaję każdą zdrową lub chorą myśl kolejnym rozważaniom. Krótko mówiąc myślenie mnie już boli.

Byłam w ten wknd u byłego-obecnego. Jak ja chciałam się z stamtąd wyrwać. Oczywiście od razu żal do siebie za takie chęci. Nie wiem co się stało? Ja nie mogę już się do niego zbliżać, czuję blokadę, nie imponuje mi w żaden sposób. Nie zależy mu na niczym co jest dla mnie ważne. Ja już przestałam nalegać, straciłam zapał. Wszelka intymność kojarzy mi się z jego niezadowoloną miną. Z tym że "mało", "mało"... z kłótniami, z jego zwierzęcym wzrokiem, z przymusem. AAAAAA!

I jadę raz, drugi, trzeci i nie wiem nawet na co czekam. Na to, że w oczach błyśnie nam iskra? Samo nic nie błyśnie. Jestem miła i staram się uśmiechać, ale nie czuję ciepła, nie czuję chęci działania, tylko wieczne oczekiwania. Ja chcę dziecko, ja jadę na ryby, "nie chce mi się" i brak jakiegokolwiek działania. No co mam skrzywionemu mężczyźnie dziecko urodzić, bo on tak chce? Wyjść za niego, bo przez to on nie jest zadowolony.

A ja, ja już też przesiąkam tą niechęcią, a miałam tyle werwy. Teraz nie chce mi się nawet mówić.

Dwa wojujące okręty tej samej floty. No jaki to ma cel? JAKI PYTAM SIĘ!.
W wielu rzeczach mogę pójść na ustępstwa, ale przecież dla ustępstwa dziecka nie urodzę. Co za PAT!

Zła jestem, wściekła, jak to możliwe? Jak to możliwe, że znalazłam się w tym miejscu?

Jaki miał być mój mąż? Miał być ambitny- jest, miał być ciepły- nie jest, miał być inteligentny- jest, miał pociągać fizycznie- nie pociąga, miał być pomocny- nie jest, zaradny- jest po części i to małej!.





piątek, 14 marca 2014

KŁAMSTWO moje własne niezmuszone...

Jestem człowiekiem, a kłamstwo jest elementem człowieczeństwa. Grunt by nie stało się ono kwintesencją naszego życia i samousprawiedliwieniem wielu rzeczy. Intencje kłamstw są różne, czasami robimy to by kogoś nie zranić. Przecież nie powiemy koleżance, że wygląda źle i powinna schudnąć. Nie o tym będę jednak pisała. Bardziej skupię się na kłamstwie w stosunku do samego siebie, czyli życiu wbrew sobie.



Pamiętam, jakoś w 8klasie, mama pierwszy raz zauważyła że skłamałam odnośnie obecności w szkole. "przecież Ty nigdy nie kłamałaś". Chyba pierwszy raz zaprosiłam kłamstwo do swojego życia właśnie w okresie dojrzewania, powodem było to że czasami bałam się prawdy. W sumie to wciąż się jej boję.

Mogłabym opisać Wam moją historie tak, że ja niewinna była wiecznie krzywdzona przez los. Mogłabym napisać, że przez swoje złe postępowanie wylądowałam w miejscu w którym jestem.
Jestem już zmęczona kłamstwami, dla tego nie mogę napisać, że moje nerwicowe życie jest owocem jednej z założonych wersji. Moja nerwica ma wiele odcieniów szarości i taka jest prawda. Wpływ mam jednak na to co będzie w przyszłości, mogę tak żyć by być fer w stosunku do innych, ale również do samej siebie.

Czym objawiało się kłamstwo w moim życiu. Często obrazowałam siebie jako idealną, a wiązało to się z lękiem przed odrzuceniem. Najśmieszniejsze, że nie ma nic bardziej mylnego. Jak pozujesz na kogoś kim nie jesteś popełniasz najgorszy błąd. W pewnym momencie jesteś już tak wykończony tym, że odbija to się na Twojej psychice. Patrząc w drugą stronę, zazwyczaj pociągają mnie ludzie świadomi swoich wad i nie kryjący się z nimi pod płaszczem "idealnego" wizerunku. Tak właśnie dwa wieloletnie związki, były po części fikcją. Ja okłamywałam partnera. Nie robiłam wielu rzeczy na które miałam ochotę, bo nie chciałam sprawić przykrości, bo wstydziłam się, bo nie wypadało, bo chciałam podkreślić moja lepszość nad nimi- otóż ja przecież mogłam być nieskazitelna. Co za absurd. Jednak długo w to wierzyłam.

Trzeba się nauczyć siebie, by móc siebie kochać. Ja nie kochałam siebie z wadami, więc kochałam osobę wymyśloną. Teraz uczę się siebie od początku. To jest długie, mozolne i strasznie trudne. Nie zaakceptuje jednak innych póki nie zaakceptuje siebie.

Często zdarza się, że ludzie myślą "ona ma depresję? przecież ona zawsze szczęśliwa, uśmiechnięta, z dobrego domu, po studiach"

Tak ona grała najlepszą rolę życia. Rolę lepszej siebie.








czwartek, 6 marca 2014

Moja prywatna PŁAKALNIA

Nie sądziłam, że kiedyś zrozumiem dlaczego ludzie z wiekiem stają się bardziej zgnuśniali, izolują się i nie korzystają z życia jak Ci młodzi. Teraz rozumiem, że zapał studzi dojrzałość i kolejne lata.

Zawsze marzyłam o tym, że będę uśmiechniętą staruszką w modnej czerwonej chuście na głowie i domu pełnym życia i ludzi. Miał być drewniany, słoneczny, bo ja miałam być tą inną staruszką.
Z dziadkiem mieliśmy podróżować po Świecie i spędzić wspaniałą starość.



Nic. Życie doświadcza człowieka, a elastyczność powrotu do pierwotnego kształtu wiotczeje z wiekiem.

Jak mogłam nie przewidzieć, że już u progu 30roku  życia, plany me pokrzyżuje zaburzenie nastroju. No mnie? Uśmiechniętą, aktywną? Dobrze. Przyjęłam co przyjąć miałam, ale jestem już zmęczona brakiem siły, bólami głowy, ściskami i dodatkowymi kilogramami wraz z moim SSRI. Dopiero co się zaczęło, a ja już walczę 2 lata, jak ten czas leci!

Czy przegrywam, nie. Dużo robię w kierunku zdrowienia, aktywność, psychoterapia, odizolowanie się od pewnych problemów, blog, nowi ludzie, wyzwania zawodowe, ale jestem potwornie zmęczona. Po prostu mój sen nie daje mi odpoczynku i jest wynikiem sztucznie stworzonej dawki odpowiednich substancji aktywizujących moje leniwe neuroprzekaźniki do życia.

Nie jestem jakimś unikatem, różne pogłoski mówią że stany depresyjne ma 20 % społeczeństwa, no wiec na tle światowych rankingów jestem jedną z wielu. Tylko fakt, że nasilenie depresji też jest różne. Co jakiś czas nowa gwiazda robi comming out ze swojej walki z depresją czy nerwicą, tak te piękne bogate osoby też. No i to trochę pomaga, ale wraz z ich wojami dochodzą mnie również słuchy o tych którzy przegrali. Wszędzie roi się od informacji, które już mnie męczą.

Najchętniej wyjechałabym na południ, a życie ograniczała do wyjść na plażę i do miejscowych knajpek. Czytałabym książki i uśmiechała się do obcych ludzi. Kompletnie bym ich nie rozumiała, więc nie słyszałabym, że mogą mieć jakiekolwiek problemy. Taki odpoczynek mógłby mieć miejsce gdybym nie była szarym żuczkiem, który musi pracować.

No i w krwi mojej gen psychicznej zarazy płynie sobie i niszczy kobietą naszej rodziny życie. Jeśli przyjdzie mi mieć dziecko, błagam niech będzie to chłopiec.

Siedzę i myślę, że gdyby odjąć ucisk, napięcie i ból to byłoby mi lżej.





środa, 5 marca 2014

AFTER po spotkaniu z psychologiem...

Ten wczorajszy migrenowy ból głowy to było apogeum. Z drugiej strony, które to już z kolei? Przecież mogłabym się przyzwyczaić w końcu.


Dziś czuję się dobrze, wiec piszę by przeanalizować terapię. Myślę, że podsumowania i ewentualne wnioski powinny mieć miejsce, kiedy jestem "stabilna" (brak dużych spadków nastoju, w których każde rozwiązanie i tak jest złe).

Co przykuło moją uwagę, wszelkie inklinację do tego, że ja mogę mieć rację, bądź być dobra. Nie czuję się w tym naturalnie.  Prawda jest taka, że nie jestem święta, popełniłam dużo błędów, a niektóre z nich pewnie robiłam z premedytacją.

Temat przewodni terapii to były moje stosunki z Jaśńiewielmożnym byłym obecnym. Domyślam się, że nasza sytuacja jest złożoną wielu innych czynników.

Moich problemów z budowaniem zdrowej przyjacielskiej więzi, neurotyczności, pogoni za ambicjami, nieumiejętnym przyjmowaniem krytyki, zmiennością i znalazłoby się jeszcze trochę tego.

*przyjaźń- powiedziałam, że oczekuje przyjaźni, ale czy ja sama ją dawałam? Nawet nie wiem. Chyba nie było takiej możliwości, bo on nie radził mnie się w niczym (był najmądrzejszy przecież), czy pomagałam mu w trudnych chwilach (jak zmarł jego tata, byłam obecna bardzo- nawet jak on był jeszcze w szpitalu to odwiedzałam go czasami nawet sama- bo on nie czuł takiej potrzeby). Zawsze byłam, jak wracał z pracy, jak chciał jechać na ryby, planowałam malownicze wyjazdy, mieszkaliśmy w moim domku, jeździliśmy moim samochodem...

*pieniądze- wstyd o nich mówić, ale niestety też grają swoją rolę. To był jego miecz Trójzębny, miał znaczną przewagę zarobkową, więc często korzystałam z luksusów za tym idących. Nigdy nie dostawałam pieniędzy na moje wydatki, nie otrzymywałam prezentów bez okazji, ale miałam okazję uczestniczyć w trochę że tak powiem rozrzutnym życiu jeśli chodzi o wknd wypady nad jeziora, na baseny, czy nawet goszczenie ludzi z tak zwaną pompą. No i jak dla kontrastu nie poczynił się do dokładania się do rachunków w moim domu rodzinnym, nie miał samochodu, nie lubił kupować mebli, agd, nic co wiąże się z budowaniem ciepła domowego.

*przejawy manipulacji- wiele razy komunikował mi zbliżający się koniec naszego kontaktu, ale później udawał, że nic takiego nie miało miejsca. Naciski na intymność i jeśli spotkał się z odmową, szybko dawał mi do zrozumienia, jak bardzo mu się to nie podoba. Sceny zazdrości i uczestniczenie w prawie wszystkich częściach mojego życia (utrudnianie koleżeństwa, bez niego nie powinnam jeździć, w końcu jesteśmy razem!).

*alkohol- caly czas był obecny w naszym związku. Na oczątku jak go poznałam, byłam na studiach i traktowałam to jako przejaw życia młodych. No ale to trwało i trwa do tej pory, praktycznie każdy wknd. W tygodniu też się zdarza, no ale fakt że pracuje, że nie zatacza się, tylko wygląda normalnie i tylko te dziwne zachowania. Wyjścia podczas spotkań by szukać wrażeń "z kolegami".

Wyszczególniłam rzeczy które miały miejsce, ale chcę zaznaczyć że to się działo na przestrzeni tych wspólnych lat, nie codziennie.




cdn.

wtorek, 4 marca 2014

ŁIiiii migrena, kolejny atak.

No i zaczęło się o jakiejś 12:30. Standardowo migające pioruny na oczach. Tym razem wzięłam tabletkę (paracetamol), zjadłam i tli mi się migrena w główce.

Dziennik wczorajszych czynności:

Spałam prawie cały dzień,
Jestem osobą palącą a co za tym idzie, kuszę migreny nałogiem
Jadłam raczej zdrowo.

Myślę, że czynnikiem zapalnym jest nadchodząca wiosna, plus przespanie całego dnia.
Wcześniej było uczucie ciśnienia w głowie z dwa dni pod rząd.

Na szczęście migreny mam raz na 3-4 miesiące, ale napięciowe bóle typu migrenowego znaczniej częściej. Zamierzam wyzdrowieć i będzie dobrze. To nie będzie krótka droga, tylko dość długa, ale wyjdę z tego nerwicowo migrenowego szaleństwa.