piątek, 3 października 2014

Tak w międzyczasie...

Nieokreślone szczęście ogarnia mnie w takie stabilne i dobre dni jak ten dzisiejszy. Oddech jest pełny, głowa lekka, ciało nieskrępowane bólem. Myśli nie wiją się jak splątane węże. Ile bym dała by ten stan trwał w nieskończoność. Jak lekko mogłabym biec, jak wysoko skakać, ah... rozmarzyłam się.


Nic nie boli, nie jestem naładowana złością, sztucznym szczęściem, ani smutkiem. To jest ten constans który chciałbym osiągnąć. To tak jakby przemierzać gęsty las we mgle i co jakiś czas natrafiać na piękna rozświetloną polanę. Jednak wciąż na horyzoncie widzisz kolejna gęstwinę i wiesz że musisz iść, że to jeszcze nie czas, że droga się nie skończyła.

Może gdybym została na polanie to byłoby lepiej. Jednak lepiej nie znaczy dobrze, więc idę dalej.

Niezliczone błota, ciernie, owady to wszystko jeszcze nie raz będzie tworzyło mój krajobraz. Do momentu, gdy otaczający mnie świat nie zacznie robić się coraz jaśniejszy.

 
Jak każdy czasami się zastanawiam się czy ten czas w ogóle nadejdzie? Czy nie zataczam kółek?  Może to świat się przemieszcza, a ja stoję w miejscu?. Wolę jednak nie puszczać wodzy fantazji i trzymam się wiary w lepsze dni.